wyprawa w Andy - relacje z wypraw wysokogorskich, wspinaczkowych oraz spotkan z ludzmi i kultura lokalna ameryki poludniowej.
RSS
poniedziałek, 28 sierpnia 2006
Mój nowy blog - My new blox!!

W związku z planami ponowego wyjazdu do Ameryki Południowej założyłem nowy blog o adresie:

http://americalatina.blox.pl

Zapraszam do odwiedziń!

23:54, antekwielki
Link Dodaj komentarz »
piątek, 24 marca 2006
Parana 2006 - galeria (part 4)

Ostatnie metry do pokonania.


Przygotowanie do cumowania.


Ostatni zapis w GPSie.

 
Co tu duzo pisac… radosc z pokonania nie tylko rzeki ale i wlasnych slabosci.


Nogi zdretwiale i obolale. Teraz przy wysiadaniu daja o sobie znac.


Ricardo byl dumny ze mnie. Jego radosc z ukonczenia splywu byla na rowni z moja.


Dlonie po dziesieciogodzinnym wioslowaniu.


Niezaprzeczalne zwyciestwo.
21:03, antekwielki
Link Komentarze (4) »
środa, 22 marca 2006
Parana 2006 - galeria (part 3)

Przed tama w Ituzaingó, rzeka nabierala olbrzymich rozmiarow. Strona paragwajska znikala za horyzontem. Krotki odpoczynek, na rozruszanie nog i powrot do wody. Tego dnia czekala mnie walka ze sztormem. Tydzien pozniej w tym rejonach przeszlo tornado.


Od czasu do czasu mijalem miejsca zamieszkane przez ludzi. Posiadali skromny inwentarz, uprawiali ziemie i lowili ryby. Zycie na campo bylo skromne i spokojne.


Z reguly wyplywalem po ciemku, jeszcze przed wschodem slonca. Pozniej bylo tak goraco, ze czlowiek wyszedlby ze skory.


Uciekajac przed silnym wiatrem i falami, skierowalem sie do malego kanalu, gdzie na malej wysepce, zakryty przez drzewami, przygotowywalem sie do noclegu.


Zanim slonce schowalo sie za horyzont, miejsce na nocleg i kajak musialy byc przygotowane. Pozniej juz tylko wszelkie dzunglowate owady, rzadzily dookola.


Tam wsrod gestej zieleni toczylo sie inne zycie. Malpy, ptaki i owady wydzieraly sie przez caly czas.


Romantyczny zachod slonca na deptaku w Corrientes.


Wieczorami, wiele lodzi wyplywa na rzeke by zlowic olbrzymiego surumi czy eldorado. Te jedne z najwiekszych rzecznych ryb, dochodza do trzech metrow dlugosci i waza tyle ile dorosly czlowiek. Ja ze swoim malym haczykiem moglem lowic tylko zarloczne piranie.
23:40, antekwielki
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 21 marca 2006
Parana 2006 - galeria (part 2)


Misjones mozna namalowac uzywajac tylko trzech kolorow: czerwony, zielony i niebieski. Tierra Colorada czyli czerwona ziemia, tak nazywaja ta prowincje.


Wielki Polak - Zygmunt Kowalski od ponad piecdziesieciu lat maluje Misiones jak i pozostale prowincje Argentyny. Jego wystawy malarskie ciesza sie wielka popularnoscia.


Amanda i Marcelo Szychowscy. Zafundowali szkole dla dzieci niepelnosprowanych w Apóstoles. Wnuki Wielkiego Polaca – Juana Szychowskiego.


Zanim yerba trafi na polki sklepowe, przechodzi przez laboratorium, gdzie sprawdza sie jej zawilgocenie i smak. Wczesniej przez rok suszona jest w olbrzymim hangarze.


Niestety Paraná jest zaniedbywana. Nie tylko przez rzad Argentyny ale i samych mieszkancow nadrzecza. Scieki miejskie, smieci i zanieczyszczenia z fabryk kierowane sa wprost do rzeki. Ilosc ryb w rzece drastycznie zmalala.


Olbrzymie tereny; wyspy, lasy i pola zostaly zalane przez rzeke, kiedy wybudowano olbrzymia tame w Ituzaingó. Co chwile mija sie lesne cmentarzysko, czasem kilka kilometrow od brzegu.


Potezne barki, czasem do trzystu metrow dlugosci, byly moja zmora podczas splywu. Najpierw ucieczka przed ich stalowym kadlubem, pozniej walka z falami wytworzonymi przez ich wielgachne sruby. Po osiagnieciu Rosario rzeka sie zatloczyla i do samego konca, co kilkanascie minut, mijaly mnie olbrzymie statki morskie. Musialem patrzec nie tylko przed siebie ale i ogladac sie wstecz, by nie zostac przejechanym przez olbrzyma.


Wieczory byly spokojne i ciche, nie liczac rozwrzeszczanej dzungli. Kladac sie do snu, spogladalem na kolorowe niebo.

00:26, antekwielki
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 19 marca 2006
Parana 2006 - galeria (part 1)

Wrzucam pierwsze zdjecia z mojego splywu Parana na trasie Puerto Iguazu - Buenos Aires. Dlugosc trasy 2000km. Czas plyniecia wraz z przerwami: 42 dni.
Tutaj musze dodac, iz bez Ricarda Kruszewskiego, producenta kajakow firmy SDK z Buenos Aires ta podroz by sie nie odbyla. Wyposazyl mnie we wszystko i wspomagal logistycznie podczas calej wyprawy. W przypadku jakichkolwiek problemow, w przeciagu jednej doby, mialem wszystkie potrzebne czesci w miejscu, w ktorym stacjonowalem.
Oprocz tego kajak, ktorym plynalem sprawowal sie wysmienicie. Byl to moj pierwszy splyw kajakowy w zyciu, a plynelo mi sie jakbym zajmowal sie ta profesja od lat.


Puerto Iguazu - przygotownie kajaka do wyplyniecia


Na trasie. Prowincja Misjones. Tylko strona Paragwajska jest czesciowo zamieszkana.

^
Polonia z miasta Wanda. Czekali na mnie by mnie przywitac. 


Prefectura w Eldorado. W Misjones Prefectura ma pelne rece roboty. Ta granica w nocy zamienia sie w prawdziwe pole walki. Przylapani na wodzie przemytnicy papierosow, marichuany i kokainy, wyposazeni w bron, strzelaja bez ostrzezenia do napotkanych jednostek wodnych.


Nawigacja w godzinach porannych byla utrudniona przez geste mgly.


Byle do przodu i miec kolejne kilometry za soba. Aparat fotograficzny, gps i woda do picia byly zawsze pod reka.


Puerto San Ignacio jest dobrym miejscem na krotki odpoczynek. Malownicze i ciche.


O tej porze zaczynala rzadzic dzungla.

22:42, antekwielki
Link Dodaj komentarz »
środa, 15 marca 2006
Mission complet, czyli pozegnanie z Ameryka

Ostatni kilometr do pokonania. Wyplywam z kanalu Vinculacion. Kilka ruchow wioslem i przestaje wioslowac.
N
iesamowite! Jeszcze kilka minut temu wial wiatr, teraz kompletna cisza.
Ja tez milcze. Powoli dociera do mnie to, ze to juz koniec tej niesamowitej wyprawy. Pelnej przygod, wrazen i nowych doswiadczen.

.
Kajak powoli wraz z pradem posuwa sie do przodu.
Cisza.
Woda jest jak lustro. Tak, jakby
Parana
popadla w taka sama zadume jak ja. Jakby chciala pozegnac sie ze mna. Jakby bylo jej smutno, ze nie bedzie mnie juz tutaj. Jakby chciala mi powiedziec ¨Dowidzenia¨.
Powoli cos we mnie peka. Cala koncentracja, skupienie i nieugietosc, splecione solidnym sznurem ambicji, rozpryskuja sie w drobny mak.
Placze.
Nie wiem dlaczego. Z radosci, ze ukonczylem to co na poczatku wydawalo sie niemozliwym? Czy ze smutku, ze urywa sie wolnosc, sprezentowana mi przez ta wielka rzeke?
Jeszcze kilka godzin temu spiewalem radosnie na caly glos ¨We are the champions¨, czy ¨Z poza gor i rzek wyszlismy na brzeg¨. A teraz?
Wkladam dlonie do wody. Chlodzi obolale palce. Jeszcze przez kilka dni beda spuchniete, ale to nie wazne.
Bol, ktory towarzyszyl mi przez cala wyprawe, nie dajac mi w nocy spac, a w dzien zmieniajac wycieczke w ciezka walke, umyka mi z pamieci. Bol mozna przezwyciezyc. Mozna go odsunac na dalszy plan. Wazny jest cel i motywacja.

.

Kajak zbliza sie do wejscia do portu.
Wplywam.
Ostatnie ruchy wioslem. Doplywam do pomostu. Godzina 16:00.
Jestem sam. Nikogo nie ma. Nikt nie oczekuje.

.

Slysze oklaski i.glosy. Z zza drzew wyskakuje Liliana. Ona uczyla mnie techniki kajakowania. Trzyma aparat w reku. Robi zdjecia. Smieje sie.
Pojawia sie Ricardo. Co tu duzo mowic. Gdyby nie on, ta podroz by sie nie odbyla. Wspanialy przyjaciel i osoba, na ktorej mozna polegac. Nie rzuca slow na wiatr. Poklepuje mnie po plecach i sciska z radoscia. Widac jak bardzo przezywal ta moja wyprawe. Przez cala ta podroz wierzyl we mnie, powiedziala mi pozniej Liliana. Takie wyprawy koncza tylko ci, co sa wytrzymali psychicznie i potrafia przezwyciezyc slabosci. Tutaj sila miesni nie jest tak istotna, dodal Ricardo. On to doskonale wie. Dzieki temu przeplynal kajakiem Przyladek Horn, postrach zaglowcow i statkow.
Pojawia sie tez Magda. Gratuluje mi zakonczenia podrozy. Jej wloczega po Ameryce Poludniowej tez sie juz konczy.

Pol godziny pozniej pojawia sie Analia, osoba ktora prze ostatnie kilka miesiecy towarzyszyla mi podczas moich wojazy. Bardzo mi pomogla. Serdeczna przyjaciolka.

.

Ekspedycja ¨Polaco Loco¨ Parana 2006 zostala zakonczona.
Pierwsze polskie przeplyniecie argentynskiej czesci Parana solo.
Dwa tysiace kilometrow, szesc prowincji i srodek lata.

Co dalej?
Moj roczny pobyt w Ameryce Poludniowej dobiega konca. Ostatnie dwa tygodnie spedze w Iguazu i Rio de Janeiro. Wspinaczka skalna i wypoczynek na plazy. Potem powrot do Europy, znalezienie pracy i znalezienie samego siebie na starym kontynencie.
Czeka mnie duzo pracy po powrocie. Opracowanie zebranego materialu, artykulow i zdjec. Tutaj bedzie pracy na kilka miesiecy.
A pozniej? Zobaczymy. Jak to zwyklo bywac w moim zyciu.
Azja? Ameryka Poludniowa ?
Mysle, ze ktorys z tych kontynentow. Kilka projektow jest w mojej glowie. Na nie tez przyjdzie czas, by wylozyc je na tapete i przygotowac sie do nowej wyprawy.

Niebawem wrzuce kilka zdjec z wyprawy i na tym zakonczy sie zycie tego bloga.
Dziekuje wszystkim tym, co zagladali tutaj. Mam nadzieje, ze kazdy z Was znalazl tu cos interesujacego dla siebie.
Zycze wielu ciekawych podrozy i niezapomnianych wrazen. 

Pozdrawiam serdecznie, Arkadiusz Mytko ANTEK

21:38, antekwielki
Link Komentarze (10) »
poniedziałek, 13 marca 2006
Migawka z Corrientes

Kilka zdjec z Corrientes, zrobione w dniu mojego wyplyniecia z tego miasta. Zdjecia nie moje.



srodkiem rzeki Parana zazwyczaj plynie sie szybciej.



wiry najlepiej przeplywac na duzej szybkosci.



Parana jest druga z najwiekszych rzek Ameryki Poludniowej, dlatego tez ja jestem taki malutki a most w Corrientes taki duzy.

01:05, antekwielki
Link Dodaj komentarz »
piątek, 10 marca 2006
Rosario - 400 km do Buenos Aires

Do Rosario doplynalem przed zachodem slonca. Byl to najdluzszy odcinek, ktory pokonalem w ciagu jednego dnia. Sto piec kilometrow.
Na trzydziesci kilometrow przed duzym mostem, zawieszonym jak pajeczyna nad Parana, rzeka zaczela sie zapelniac.
Port obok portu. Dziesiatki holownikow i setki poteznych, plywajacych platform, ktore laczone ze soba niczym klocki, wypelnione roznorakimi produktami (min. maka o malej granulacji), pchane sa setki kilometrow w gore rzeki do Paragwaju i Brazylii.
Potezne transportowce stoja u brzegow. Czesc z nich czeka na wolne miejsce w kolejce, stojac na srodku rzeki.

Plyne wolno kajakiem tuz obok ich poteznych kadlubow. Te olbrzymie transportowce sa niebezepiczne dla malych, malozwrotnych lodzi.
Parana w tym miejscu jest zatloczona przeroznej masci lodziami zaglowymi, motorowkami, skuterami czy tez lodkami i kajakami.
Motorowka jest szybka i zwrotna. Szybko ucieknie z przed szybko zblizajacego sie kadluba statku oceanicznego.
Z kajakiem czy lodzia wioslowa jest troche gorzej.
Z pozycji siedzacego w kajaku, ciezko jest ocenic odleglosc. Perspektywa jast plaska. Wszystko w jednej lini.
Kiedy w czasie splywu mijalem olbrzymnie barki, zawsze wydawalo mi sie, ze plyna prosto na mnie i sa tuz, tuz. Nie wiedzialem nigdy, gdzie uciekac. W lewo czy w prawo.
Te duze statki mnie stresuja.

Kiedy doplynalem do Rosario, czekala mnie mila niespodzianka. W porcie klubu nautica, dokad zostalem skierowany przez prefecture naval, oczekiwalo mnie dwoch ludzi.
Jeden z nich, Carlos, uzyczyl mi swojej duzej lodzi jako tymczasowego domu. Drugi z nich, Beto, przygotowal grilla.
Mnostwo plastrow krwistoczerwonej wolowiny smazylo sie na ruszcie. Bateria czerwonego wina chlodzila sie w lodowce.
Dolaczyl tez do nas Santiago ich przyjaciel.

Kiedy chwile pozniej w ciemnosci uslyszalem dzien dobry, nie moglem oczom uwierzyc. To byli Marcelo i Lalo Szychowscy, ktorzy przyjechali tu do Rosario, by zobaczyc sie ze mna ponownie.
Usciskalismy sie jakbysmy sie lata nie widzieli.
Tego wieczora, impreza trwala do poznych godzin nocnych zakonczona spozyciem duzego tortu.
Wczoraj Santiago urzadzil grilla. Tym razem smazyly sie potezne porcje duzych ryb z Parana.
Przepyszne jedzenie!
W ciagu ostatnich trzech dni zjadlem tyle, ile w ciagu wczesniejszych dwoch tygodni.

Dzisiaj  ostatni dzien swobody. Jutro wyplywam.
Z Rosario mam juz cztery dni do Buenos Aires. Zakonczenie tej wodnej wedrowki zaplanowane jest na pietnastego marca.
Koniec uwienczony sukcesem, nastapi wraz z moim przyplynieciem do klubu nautica o jakze swietnie przypasowanej nazwie: VICTORIA.

15:24, antekwielki
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 06 marca 2006
Zycie wielkiej rzeki

Siedze na kawalku gabki, ktora podczas kajakowania umiejscowiona jest w kokpicie pod moimi stopami, chroniac piety przed ponownym obtarciem i bolesnymi pecherzami. Siedze w promieniach palacego slonca, ale jest to konieczne.
Na malym primusie gotuje sie woda na zupke z torebki i garscia ryzu. To moja kolacja.
W litrowym termosie trzymam goraca wode, ktora zalewam maly dzbanuszek (mate) wypelniony do polowy zmielonymi, wysuszonymi liscmi (yerba). Przez mala, metalowa rurke zakonczona sitkiem (bombilla) pociagam goracy wywar.
Picie mate jest moim codziennym rytualem. Najczesciej czynie to rano i w srodku dnia. Rzadziej wieczorami. Mate jest silnym wywarem z zawartoscia mateiny, ktora niczym kawowa kofeina, pobudza i ozywia.
Poranna mate daje mi kopa na kolejne kilometry. Wieczorna nie daje spac.

Siedze zatem na gabczastej macie i chlepcze ta ozywcza miksture.
Tuz obok mnie, na skrawku plazy, rozciagniety niczym grzejacy swe cielsko krokodyl, spoczywa kajak.
Mimo, iz jest to tylko kawal tworzywa sztucznego, poprzeplatanego linkami i gumkami, czuje do niego sentyment.
W wodzie jest on kawalkiem mojego ciala. Wyczuwam go dobrze.
Praca ramion, tulowia i nog skomponowana jest z ruchem posuwistym tego plastikowego czolna.
Ramiona z pomoca drzewianego wiosla, wplecionego mocno w dlonie jak lopaty wirnika, nadaja przyspieszenie. Poprzez ciagla prace skrecanego w lewo i prawo tulowia, przekazuja czesc sily do moich nog, ktore niczym tloki, napieraja naprzemiennie przednia burte lodzi.

Palce moich konczyn pracuja bez przerwy.
Palce u stop obsluguja ster.
Palce w dloniach trzymaja mocno wioslo, wciskane silnie w nieprzejrzysta wode.
Stopy i dlonie narazone sa na najwieksze obrazenia.
Po kilku godzinach walki z falami, dlonie nie maja sily trzymac wioslo. Stopy z uwagi na ciagla, posuwista prace nog, ulegaja obtarciu w okolicach piet.
Dlatego tez, od kilku dni podkladam pod stopy kawalek gabki, na ktorej obecnie siedze, popijajac mate.

Wpatruje sie w przeciwlegly brzeg. Jest to ciagla zielona linia, wyrysowana grubym flamastrem.
Poskrecane ze soba konary drzew, lian i lodyg, zasypane liscmi, trawami i wijacymi sie dookola pnaczami, tworza zywy, zielony i nieprzejednany mur.
Nie ma najmniejszych szans by wyjsc tam gdziekolwiek na brzeg. Zielona tarcza, rozwrzeszczana i wyglodniala niczym stado sepow, pochyla sie nad nami, gdy podplywamy blizej.
Gdy chcemy zerknac do srodka, poprzez mala dziure wyryta w tym kosmatym zywoplocie, ciska w nas chmara roznorakich insektow, grubych gzow, chudych komarow i drobnych muszek, ktore przescigaja sie wzajemnie, ktory mocniej ugryzie i zostawi wiekszy slad na ciele.
Z lodyg splywaja do wody zielone zmije, a kosmate pajaki i opancerzone owady, stukaja nerwowo o konar drzewa swoimi odwlokami, bijac na alarm: Intruz! Intruz!

Wzdrygam sie, przypominajac sobie probe pikniku i ucieczki przed sloncem w cien parasolowatych drzew.
Do tej pory mam slady na ciele.

Tera jednak siedze na malym, piaszczystym skrawku wyspy. Kilkanascie metrow ode mnie czai sie selva. Huczy, brzeczy, skrobie i dyszy. Jednak az do zachodu slonca, wszystko co zyje, ukryte jest tam gleboko w srodku. Tylko ja siedze w promieniach palacego slonca.

Slonce chyli sie ku zachodowi. Obliczam czas. Zostalo mi jakies pol godziny do ewakuacji do namiotu. Rzeczy na jutrzejszy splyw przygotowane.
Odstawiam mate. Trzy porcje wystarcza. Jak wypije za duzo nie bede mogl zasnac, mimo iz jestem bardzo zmeczony.
Alarmu nie mam, ale moj zegar biologiczny i tak mnie obudzi wczesnie rano, w srodku ciemnosci z nakazem wyplyniecia.
Nad ranem moge plynac duzo szybciej w swiezym i zeskim powietrzu. O dziewiatej robi sie pieklo i trwa az do zachodu.

Zjadam zupe i odstawiam menazke na bok. Bedzie potrzebna na jutrzejsze sniadanie. Na kolejna porcje owsianki.
Slonce dociera do horyzontu. Wchodze do namiotu i zamykam sie szczelnie. Dwa zablakane komary, ktore wdarly sie podstepnie do srodka, wykryte przeze mnie, zabijam bezlitosnie.
Kilka minut pozniej zaczyna sie zycie dookola namiotu. O jego delikatne plotno uderzaja zawziecie moskity. Wszystko brzeczy, bzyczy, skrobie i szura. Dzungla budzi sie z odretwienia, strzepujac z siebie wszystko czym byla naszpikowana. Zaczyna sie harmider i rwest.
Kiedy konstelacje pojawiaja sie na niebie, ja juz spie. Czasami przebudze sie w nocy wsluchujac sie w dzungle. Lezac na plecach, poprzez cienka moskitiere, wpatruje sie w rozgwiezdzone, biale niebo.
Miliony gwiazd i mglawic, pluskajaca i wzburzona od ryb woda oraz rozkrzyczana selva, nadaja ksztalt otoczeniu.
To wszystko od setek kilometrow jest moim nieustannym towarzyszem podrozy.
To wszystko to tresc i zycie tej wielkiej rzeki.

23:13, antekwielki
Link Komentarze (3) »
niedziela, 05 marca 2006
Pozegnanie z Corrientes

Doplywajac do La Paz, pozegnalem sie z prowincja Corrientes, a przywitalem Entre Rios. Po drugiej stronie rzeki ciagnie sie prowincja Santa Fe.
Opuszczajac miasteczko Goya, zmienilo sie w zasadzie wszystko. Przyroda i pogoda.
Piaszczyste plaze, ktore ciagnely sie wzdluz wybrzeza rzeki, zamienily sie w gliniane, wsysajace nogi, blotniste pulpy. Selva zaczela sie przezedzac, az w koncu zamienila sie w mieszanke standardowych drzew lisciastych i pastwiska. Zamiast ryczacych malp, slychac muczace krowy. Jedynie moskity sa te same.
Ale najgorsze to zmiana pogody. Juz sam nie wiem czy nie wolalem prazacego slonca Misjones.

Od kilku dni szaleje sztorm. Silne wiatry, potezne ulewy i uderzajace dookola z glosnym hukiem grzmoty.
Plynie sie bardzo ciezko. Poludniowy wiatr atakuje frontalnie, spychajac kajak do tylu i wznoszac wysokie fale.

Jednak w ostatnie dwa dni przeplynalem dwiescie kilometrow, plynac codziennie po dwanascie godzin.
Nie wiem jak to zrobilem. W zasadzie wiatr wial przez caly czas. Probowal mnie zlamac, zatykajac oddech i wymuszajac plyniecie wzdluz brzegu, ktory i tak nie dawal oslony. Tam czesto tworzyly sie wiry, ktore w polaczeniu z falami, rzucaly kajakiem na wszystkie strony.
Kiedy nad glowa rozszalala mi sie burza, schowalem sie w malej odnodze. Przez pol godziny gromy z ciemnego nieba walily tak blisko, iz bylem przekonany, ze celuja w moja wychudzona postac.

Plynac do Esquina nastawiony bylem na wielogodzinny strumien deszczu, siekajacy mnie po ciele. Zalewal oczy, wraz z wiatrem dusil i szumial w uszach.
Moj mozg sie wylaczyl. Gdyby nie czujnik, ktory zamknal doplyw docierajacych z zewnatrz do mozgu informacji, chyba bym sie rozplakal i z wrzaskiem wybiegl na brzeg. Do kajaka bym juz nie wrocil.
Ale plynalem dalej.

Wplywajac do Esquina, wysiadaly mi dlonie. W zasadzie juz od kilkudziesieciu kilometrow. Kiedy wieje wiatr, woda stawia taki opor, ze wioslowanie przeradza sie w istna walke wioslem.
Kazde pociagniecie lopata, to zacisniecie silnie dloni na uchwycie. Po kilku godzinach wioslo wypada z rak.

Tej nocy nie potrafilem zasnac. Bylem bardzo zmeczony, ale bol nie dawal odpoczac. Przez cztery godziny obracalem sie z boku na bok, szukajac dobrej pozycji by zapasc w sen.
Nie wiedzialem jak ustawic nogi, zgiac czy wyprostowac. W kajaku dretwialy. Wychodzac na brzeg prawie padalem na ziemie.
Bolaly mnie posladki.
Plecy to jeden, wielki betonowy kloc. Od pasa az po szyje. Spiety, zbity, nieelastyczny. Jeden wielki, plonacy miesien, splywajacy bolem na ramiona.
Stawy w barkach, lokciach i nadgarstkach lupia. Palce opuchniete, tetniace tepym bolem. Jeden pecherz na drugim. Przekluwam je wszystkie igla.

Do La Paz plyne w zabandazowanych dloniach.
Kolejne sto kilometrow. Jak automat.
Wyplywam w srodku burzy. Doplywam w srodku nocy, w srodku sztormu.
Kolejna noc nieprzespana.
Bol i szalejacy blednik. Wszystko wiruje, wznosi sie i opada.
Ale w La Paz jeden dzien odpoczynku.

O dziwo jestem spokojny. Psychicznie na tyle opanowany, ze ustawiam plan plyniecia na kolejne dni.

Powoli zaczynam wyczuwac zwyciestwo. Na razie zapach. Delikatne ale wyczuwalne powonienmie.
Jednak nadal jestem skupiony na rzece i walce z zywiolem. Dopoki nie doplyne do Buenos Aires, nie moge pozwolic sobie na radosc.
Euforia zabierze wszystkie sily potrzebne do machania wioslem.

Z drugiej strony, doplyniecie do Buenos Aires to zakonczenie pewnego fragmentu mojego zycia, pelnego tresci, smakow i kolorow.
Ta mysl po czesci mnie zasmuca.

01:05, antekwielki
Link Dodaj komentarz »
środa, 01 marca 2006
Goya - 980 km do Buenos Aires

Goya jest mala nadrzeczna miejscowoscia, a raczej nadkanalna, gdyz znajduje sie trzy kilometry zdala od glownego nurtu Parana, ukryta wsrod wielu rozsianych tu wysepek, nad brzegiem waskiego kanalu.
Misteczko to jest tak dobrze zakamuflowane, ze minalem je o dobre piec kilometrow. Powrot w gore rzeki nie nalezal do najprzyjemniejszego punktu podrozy ale byl konieczny.
Tu znajdowala sie prefektura i tu mialem oczekiwac na membrany uszczelniajace moje luki bagazowe, ktore wyslal mi Ricardo z Buenos Aires.

Przez te kilka dni odkad opuscilem Corrientes, wial silny wiatr, podnoszac fale na rzece.
Ostatnie trzy noce spedzilem samotnie na mijanych wyspach. Na ostatniej wyladowalem ratujac sie ucieczka ze srodka rzeki, gdy wiatr ktory nadciagnal z poludnia, wzniosl takie fale, ze walczylem z calych sil, by doplynac do brzegu wyspy, a kajak ustawial sie naprzeciw falom.
Rzeka obecnie pomimo wielu wysp jest szeroka na kilka kilometrow. Popoludniowe wiatry robia z niej rozszalale morze.

Po opadach w Corrientes, pogoda wrocila do normy. W srodku dnia, daje takie slonce, ze ledwo idzie oddychac. Moja wydajnosc spada drastycznie. Nie pomaga ciagle polewanie sie woda. Przed oczami majacza mi oszronione szklanki z zimna coca cola i duzymi kostkami lodu. To doprowadza mnie do furii.
Wielokrotnie mam ochote wysiasc z kajaka i zanurzyc sie w chlodnej rzece. Ale plyne dalej, uparcie mielac wioslem wode. I tak mija kilometr za kilometrem.
Pozniej oprocz szklanek z zimnymi napojami przed moimi oczami pojawia sie talerz z duzym krwistym stekiem i olbrzymia porcja frytek i duza misa salatki.
I soczyste owoce. Z grubym miazszem i duza iloscia soku, splywajacego mi po brodzie.
Wyobrazenie jest na tyle silne, ze sse wioslo.
Z kamizelki wyciagam tylko kilka kawalkow starych, przesuszonych rodzynek i przezuwam je w milczeniu.

W zasadzie caly czas milcze. Od czasu do czasu gadam cos do siebie, by nie popasc w szalenstwo. Szczegolnie gdy slonce wypala mi mozg niczym laser.
Czasami cos spiewam. Wydzieram sie na cale gardlo, a moj glos rozchodzi sie gdzie po Paranie.
W ten sposob walcze z samotnoscia. Na tej olbrzymiej rzece jestem zupelnie sam.
Czasami slychac wydzierajace sie malpy, czasami jakis ptak zaskrzeczy i tylko brzeczenie swierszczy slychac przez caly czas. Ale ich dzwiek juz dawno wkomponowal sie w to otoczenie i jest dla mnie nieslyszalny.
Za to w nocy dzungla zyje. Jest rozwrzeszczana i wypelniona zyciem jak Buenos Aires w sobotnia noc. Ale ja twardo spie, zmeczony, oczekujacy switu.

Jest bardzo ciezko. Piekielny gorac, olbrzymi wielogodzinny wysilek okupiony bolem miesni, pecherzami, opuchliznami i obtarciami (plyne po 8 - 12 godzin dziennie), liczne ugryzienia i ukaszenia owadow oraz samotnosc, wzerajaca sie w mozg jak termit w drzewo.

Wieczorem rozbijam namiot, zjadam zupke z torebki i zagryzam kawalkiem starego chleba. Pieniadze sie juz koncza, wymuszajac oszczedny tryb spozywania posilkow.
Rano woda z odrobina mleka w proszku, aby nadac troche inny smak miksturze, garsc jakis otrebowych farfocli, troche cukru i spozywam ta zawiesine na zimno, zagryzajac suchym chlebem.
W srodku dnia chleb z karmelem. To moj lunch.
I tak dzien za dniem.
Mieso jak sie trafi okazja.

Probuje lowic.
Ryby ignoruja moja przynete. Jedna z moich nocy spedzilem na wyspie, otoczony gotujaca sie woda. To byly ryby. Bylo ich tyle, ze woda kotlowala sie jak gotujaca zupa.
Stalem po kolana w wodzie, w otoczeniu plywajacego jedzenia, w mojej glowie tworzylo sie menu: zupa rybna, ryba smazona na patyku, chleb z pasta rybna i zanurzalem w wodzie zylke zakonczona atrapa malej rybki.
Zadna ryba nie nabrala sie na ten tani gadzet, a jedna perfidnie i ponizajaco ugryzla mnie w palec u nogi.
Tego wieczora zjadlem chleb z dulce de leche (karmel).

Dzisiaj, juz za chwile wyplywam dalej. Na odcinku ponad stu kilometrow rzeka naszpikowana jest taka iloscia wysp i wysepek, ze tworzy sie istny labirynt. Gdy zobaczylem to na mapie, drapalem sie pol godziny po glowie, szukajac drogi. Musze to rozrysowac na kartce, na ile bedzie to mozliwe i probowac nawigowac.

Do uslyszenia z kolejnego portu!

18:06, antekwielki
Link Komentarze (1) »
sobota, 25 lutego 2006
Corrientes - ciag dalszy

A wiec wykrakalem. Obecnie od dwoch dni chmury zakrywaja niebo i wieje silny wiatr. Na tyle silny, ze czesc miejscowosci nadrzecznych zostalo czesciowo zalanych.
Silne opady deszczu podniosly poziom rzeki, w niektorych miejscowosciach zostal ogloszony stan wyjatkowy.

Dzisiaj jednak wyplywam, pomimo iz wiatr nie bedzie moim sprzymierzencem, a fale sa na tyle duze by rzucac moim kajakiem w gore i dol.
Zamierzam jednak wyplynac po poludniu, by opuscic to halasliwe miasto i zaszyc sie gdzies na zacisznej wyspie kilkanascie kilometrow dalej.

Kilka dni odpoczynku pozwolilo wyleczyc czesciowo rany i dac odpoczac miesniom. Od jutra ponownie calodniowe splywy.

15:56, antekwielki
Link Dodaj komentarz »
środa, 22 lutego 2006
Corrientes

Prowincja Corrientes pomimo, iz zielen ciagle ciagnie sie kilometrami wzdluz wybrzeza, nadaje inna atmosfere wyprawie.
Czerwonokrwista i ziemia Misjones pokryta czesto skalnymi odlamkami, zmienila swoja barwe na zolto-pomaranczowe piaski. Mnostwo malych i wiekszych plaz przesuwa sie wzdluz kadluba mego kajaka.
Oprocz tego mnostwo roznorakiego ptactwa, malpy na drzewach, spacerujace iguany i wijace sie pospiesznie zielone weze, to wszystko tu zyje i mnie otacza.

Z Ituzengo mialem trzy dluzsze odcinki do splyniecia.
Pierwszy 72km do Ita Ikabe, gdzie spotkalem sie z Lalo Szychowskim (Marcelo i Amanda przyjechali te tutaj by sie ze mna ponownie spotkac). Zjedlismy wspaniala kolacje i pozniej wyjechalismy na nocne safarii by poobesrwowac dzikie zwierzeta.
Na drugi dzien, mimo iz nie chcialo sie wstawac, jeszcze przed switem plynalem do Puerto Corazon (76km). Na dwie godziny przed przyplynieciem na miejsce skonczyla mi sie woda. Kiedy przyplynalem, zolnierze dali mi do picia zimny sok. Wypilem z miejsca szesc szklanek i pozniej zjedlem caly talerz empanadas z ryba i popilem to wszystko dwoma szklankami zimnego wina. Dwie godziny pozniej spalem jak zabity, zmeczony acz z pelnym zoladkiem.
Nastepnego dnia wstalem jeszcze wczesniej (na godzine przed wschodem slonca) i ruszylem ku stolicy prowincji Corrientes, miasta tej samej nazwie.
Byl to najdluzszy odcinek mojego splywu, 90km.
Rzeka ciagnie obecnie lepiej niz przed zapora, ale nie jest to co bylo na poczatku w Misjones.
Na 30 kilometrow przed miastem Corrientes, do rzeki Parana wplywa rzeka Paragway nadajac nowy kolor wodzie.
Zapiaszczona i brunatna woda z Paragwayu daje wrazenie, ze plynie sie w miksturze herbaty z mlekiem.
Niestety ciagle jest strasznie goraco. temperatury dochodza do 40 stopni. w srodku dnia gotuje sie na srodku rzeki i nawet ciagle polewanie sie chlodna woda niewiele pomaga. Szybko trace sily.
Mam nadzieje, ze niedlugo pogoda przyniesie troche chmur i chlodu.
Obecnie zamierzam spedzic w Corrientes kilka dni na odpoczynku.

15:49, antekwielki
Link Komentarze (2) »
piątek, 17 lutego 2006
Pozegnanie z Misjones
W Posadas spedzilem kilka dni, doprowadzajac moja dlon do stanu ponownej uzywalnosci oraz spotykajac sie z ludzmi z Posadas i Apostoles.
Odwiedzilem fabryke yerba mate i ryzu Amanda, spotkalem sie z bardzo ciekawa osoba, Panem Zygmuntem Kowalskim, ktory od 58 lat mieszka w Misjones i maluje ten region.
Zreszta nie tylko ten region. Na swoich wystawach prezentuje malarstwo z roznych stron Argentyny.
Samo Posadas okazalo sie ladna miejscowoscia, troche w stylu europejskim, z pieknym deptakiem, ciagnacym sie trzy kilometry wzdluz wybrzeza rzeki Parana. Kazdego wieczoru, mnostwo ludzi, mlodych i starszych, spedzalo tam czas, pijac mate i odpoczywajac po piekielnym, dziennym upale.
Zatem wczoraj opuscilem Posadas i udalem sie do Ituzaingo.
65 km rzeka, ktora rzeki nie przypominala. Bylo to jak ogromne jezioro. Nie bylo widac drugiego brzegu, a to dlatego, iz 100km od Posadas miesci sie olbrzymia tama. Wielkie polacie ziemi, liczne wyspy i lasy zostaly zalane. Poruszajac sie w dol rzeki, plynalem miedzy nagimi kikutami.
Ogolnie trasa byla bardzo trudna i meczaca.
Z uwagi na olbrzymi obszar wodny i silny wiatr, fale ktore wytwarzaly sie na wodzie, przypominaly bardziej ekspedycje morska niz splyw rzeka.
Na pietnastym kilometrze zaczely sie robic fal, ktore przelewaly sie przez kadlub kajaka. Woda w tym miejscu juz nie ciagnela. Trzeba bylo uzyc duzo sily by poruszac sie w miare sprawnie.
Pietnascie kilometrow dalej kiedy mijalem wystajacy polwysep, poczulem sie jakbym oplywal Cape Horn. Bardzo silny wiatr i duze fale, ktore podnosily moj kajak i rzucaly w dol niczym zabawke. Na szczescie byl to tylko fragment do przeplyniecia. Potem fale byly juz mniejsze.
Najgorsze jednak mialo dopiero nadejsc. Miedzy czterdziestym a piecdziesiatym piatym kilometrem byl spokoj, pozniej znalazlem sie w piekle.
Wial tak silny wiatr, ze musialem ratowac sie ucieczka do brzegi i plynieciem prawie po mieliznie, by ukryc sie wsrod drzew. Trawers malych zatoczek, ktore w normalnych warunkach przeplynelo by sie w minute, przeradzaly sie w pietnasto minutowe walki z wiatrem i falami, ktore chcialy przewrocic kajak. Te male zatoczki msuialem za kazdym razem halsowac i uderzac wioslem co sil by je szybko opuscic.
Ostatnie piec kilometrow to ulewny deszcz. Do pary z wiatrem. Siekajacy ostrymi jak szpilki kroplami i w takich ilosciach, ze ledwo widzialem czubek swojego kajaka.
Moja predkosc drastycznie spadla, jako ze wiatr wial prosto w twarz, spychajac mnie do tylu. Na niektorych odcinkach poruszalem sie z predkoscia nie wieksza niz dwa kilometry na godzine.
Nadgarstki w rekach siadaly ze zmeczenia, skora na dloniach byla poobdzierana, palce w bablach ale nie Prefectura byla niedaleko.
Kiedy tam doplynalem padalem ze zmeczenia. Na wodzie spedzilem 12 godzin.
Wszystko w kajaku bylo mokre. Po takim deszczu i wielogodzinnym przelewaniu sie wody przez kajak, woda znalazla wejscie do kazdego zakamarka.
Dzisiaj w sloncu wszsytkie moje rzeczy sie susza a ja przygotowuje sie do jutrzejszego splywu do Ita Ibate, miejscowosci oddalonej o 70 kilometrow.
Ale ponoc za tama, ktora ominalem, rzeka nabiera predkosci, wiec mam nadzieje, ze bede mogl plynac spokojnie i skupic sie bardziej na dzikiej przyrodzie.
18:51, antekwielki
Link Komentarze (4) »
sobota, 11 lutego 2006
Posadas

Po trzech nocach spedzonych w Santa Ana ruszylem ku ostatniej stancji prowincji Misjones, Posadas.
Jeszcze w ostatnia noc spotkalem sie z polskim kosulem Pane Michalem Skowronem, z ktorym zjedlismy wspaniala rybe (oczywisice z Parana) i rozmawialismy o Polsce.
Nastepnego dnia o swicie ruszylem ku stolicy Misjones.

Niestety dwadziescia kilometrow przed Posadas zle zamontowany ster ponownie ulegl destrukcji i musialem dobic do brzegu by go zupelnie wciagnac na kajak i sterowac lodzia tylko za pomoca wiosel.

Posadas znajduje sie na olbrzmim zakrecie i laczy mostem Argentyne z Paragwajem. Na tym duzym zakrecie prady rzeczne sa silne i zmienne a wiatr unosi wode do gory.
Mialem sporo roboty by utrzymac kurs. Kajak za kazdym razem sciagalo albo w strone brzegu albo na srodek rzeki.
Kiedy bylem blisko mostu podplynela do mnie lodz z Prefctury Naval z zapytaniem czy nie chce by mie doholowali do portu.
Oczywiscie odrzucilem jakze mila oferte i wydusilem z siebie ostatnie resztki sil by przedrzec sie pod mostem (byly tam duze zawirowania i woda sciagala na betonowe przesla) i dotrzec do portu, gdzie oczekiwali mnie juz Marcelo i Amanda Szychowscy rodzina, ktora zajmowala sie uprawa herbaty, ryzu i yerba mate, Amanda.

Po urzadzeniu sie w Prefekturze (dostalem do dyspozycji duze pomieszczenie z telewizorem i klimatyzacja. To co sie tu dzieje przechdozi moje najsmielsze oczekiwania) wraz z rodzina Marcela Szchowski poplynelismy duza lodzia motorowa na piknik, gdzie po raz pierwszy mialem mozliwosc pojezdzic czy tez poplywac na nartach wodnych.
Biorac pod uwage, iz wraz z Panem Marcelem oproznilismy butelke dobrego argentynskiego wina, moje proby wyszly nadzwyczaj udanie.
Zalozylem narty chociaz zapewnialem ich sumiennie, ze moge to zrobic z lyzwami na nogach i po trzeciej probie, przez minute utrzymywalem sie na wodzie. Pozniej wywracalo mnie do tylu ale nie dawalem za wygrana i trzymalem sie linki ile wlezie. Zaplacilem za to bolem posladkow i podudzia (obecnie mam duze siniaki), ktore obijaly sie na wodzie niemilosiernie.
Ale zabawa byla przednia.
Weekend spedze na zwiedzaniu miejsc, w ktorych Polacy zaczynali swoje zycie.

01:46, antekwielki
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5